Wojciech Gunia Dom wszystkich snów - recenzja książki na blogu literackim

Dom wszystkich snów to – kolejny już – zbiór opowiadań Wojciecha Guni. Ojciec współczesnego polskiego weird fiction wraca z największą objętościowo (ok. 550 stron na papierze) pozycją w swoim dorobku. Gratka dla fanów starych fanów czy może czas na zmiany?

Dom wszystkich snów | Wojciech Gunia | Wydawnictwo Literate

Miłośnicy twórczości Wojciecha Guni zdecydowanie znajdą tu coś dla siebie. Sam uważam jednak, że Dom wszystkich snów niesie sporą ilość zmian – takich, które mogą nieco rozczarować, ale jednocześnie mogących otworzyć autorowi nową furtkę w karierze.

Co pozostaje bez zmian? Pewnie nudne robi się już podkreślanie jak fantastyczny warsztat posiada autor i jak mistrzowsko operuje polszczyzną, ale niech będzie – Wojciech Gunia moim zdaniem jest pod tym względem jednym z najzdolniejszych polskich pisarzy współczesnych. Każde zdanie w tej książce wydaje się przemyślanie i chciałoby się tego posłuchać w formie audiobooka w interpretacji, no nie wiem, Janusza Gajosa czy Andrzeja Seweryna. Proza nie musi pod tym względem ustępować poezji i samo obcowanie z tą książką, bez względu na fabułę, jest sporą przyjemnością. Jeśli szukacie książki do takiego delektowania się, oto ona.

Kolejna sprawa to tak zwany klimat. Częściowo za sprawą tego specyficznego języka, częściowo za sprawą kreowanych tu światów, opowiadania Guni cechuje obecność ciężkiej, gęstej aury. W myślach widziałem tych bohaterów poruszających się w zwolnionym tempie, otoczonych paletą chłodnych barw i głuchą ciszą. Ta senna atmosfera obecna w – notabene – Domu wszystkich snów jest również mocna jak w poprzednich tytułach, ale jest jednocześnie nieco inna.

Tylko dla odważnych

Opowiadania w Domu wszystkich snów to dla mnie w znacznej większości najtrudniejsze utwory Wojciecha Guni. Choć nadal jest to weird fiction, to jednak coraz mniej dostrzegam tu elementów, które pozwalałyby z czystym sumieniem zaklasyfikować to jako literaturę grozy. Bardziej niż do tej pory zauważalna jest podstawa tej prozy, którą wydają się być teorie filozoficzne i egzystencjalne. Te nie ograniczają się do bycia inspiracją dla fabuły, ale są tu po prostu obecne w postaci szczegółowo rozpisanych przemyśleń. Miałem tu czasami wrażenie, jakby narrator zapominał o fabule, rozgadywał się na jakiś sąsiedni temat, by za chwilę ocknąć się „zaraz, zaraz… na czym skończyłem?”

To też jest mój główny zarzut do Domu wszystkich snów – że fabuła schodzi tu czasami na drugi plan, by jeszcze dać lepiej wybrzmieć myśli czy teorii. I piszę to jako fan, z pewnym bólem, bo choć Wojciech Gunia chyba zawsze starał się przemycać w swoich dziełach coś więcej, to Miasto i rzeka czy Nie ma wędrowca były dla mnie przede wszystkim znakomitymi, wciągającymi historiami.

Tutaj też takie oczywiście są. Bardzo podobało mi się Ocalenie, grozą samą w sobie są losy rodziny pod rządami brutalnego ojca-alkoholika. Raport w sprawie objawień przy ulicy Szeptów to znane mi już wcześniej opowiadanie o starszym panu, który będzie musiał rozwiązać zagadkę zniknięcia swojej opiekunki. Gorzkawa historia z nutką ironii i świetną, wyrazistą postacią na pierwszym planie. W oczekiwaniu na powrót morza przyciąga uwagę wykreowanym światem rządzącym się własnymi prawami.

Dom wszystkich snów jako weirdowe 3 w 1

Jest za co chwalić tę książkę, ale najdłuższe opowiadanie, właściwie już nowelka, czyli Dom pana Motta mimo ciekawego początku z czasem gdzieś wytraca ten fajny rytm i mi wydawało się trochę rozwleczone. Bajka o pewnym królestwie to krótka przypowieść z prostym morałem – ciekawostka w dorobku autora, ale trochę nie pasuje mi do tego zbioru. Na szybko nie potrafię sobie przypomnieć o czym było Kiedy pszczoły patrzą w gwiazdy i Pokój Anny. Jasne, czyta się to wszystko bez zgrzytów, bo Wojciech Gunia pozostaje utalentowanym pisarzem, natomiast będąc fanem poprzednich książek, część tego zbioru przyniosła mi jednak lekkie rozczarowanie.

Mniej tu też takiej ciekawej grozy. Są tu pewnie jeszcze opowiadania sprzed kilku lat, kiedy to autor wyrabiał sobie markę na rynku grozy. Całościowo jednak wybrzmiewała mi w tym zbiorze taka lekka chęć odcięcia się od grozy i skrętu w stronę literatury pięknej albo wręcz opracowań teoretycznych. Bardzo upraszczając, Dom wszystkich snów to dla mnie takie trochę trzy w jednym.

Wyszło mi chyba trochę więcej narzekania niż przewidywałem, ale książka wychodzi oczywiście na plus. Niemniej, nie do końca spełniła moje oczekiwania i w porównaniu z poprzednimi podobała mi się najmniej. Nie jest gorsza, tylko inna, być może najbardziej ambitna. Jednocześnie najtrudniejsza do sklasyfikowania i u mnie wywołująca pewne zmieszanie. Jeśli jednak uznacie, że po prostu mnie przerosła, na pewno też będziecie mieli rację

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *