Manuskrypt. Książka Wydawnictwa Vesper. Recenzja książki.

Ostatnia w tym roku premiera znanego i cenionego wydawnictwa Vesper. Roku pod pewnymi względami rewolucyjnego dla wydawcy, który skręcił jeszcze mocniej w stronę współczesnych polskich autorów, dając nawet szansę na debiuty, co widzieliście również na moim blogu książkowym. I debiutem jest również Manuskrypt Wojciecha Uszoka, autora o którym nie wiem niestety nic. Trzeba jednak przyznać, że działając sobie gdzieś tam w cieniu, zdobył już bardzo duże zainteresowanie fanów literatury grozy. Czy słusznie?

Manuskrypt | Wojciech Uszok | Wydawnictwo Vesper

Trzy historie, trzy linie czasowe, jeden element spajający losy bohaterów w spójną całość. Bohaterów Manuskryptu dzieli aż czterysta lat – w tym okresy wojen, chorób i kryzysów. Żydowskiego alchemika, radzieckiego kawalerzystę i współczesnego rolnika dzieli praktycznie wszystko. Los popycha ich jednak w tym samym kierunku – do pewnego spichlerza i tajemniczej, wiekowej księgi.

Autor w debiutanckiej powieści porusza popularne w gatunku grozy motywy przemijania, nieśmiertelności i zabawy w Boga. Popularne, ale jakże ambitne i uniwersalne. A że Manuskrypt Wojciecha Uszoka wielokrotnie zabiera czytelnika w odległą przeszłość, znajdziecie tu też ciekawe wątki historyczne.

Debiutujący autor postawił sobie bardzo ambitny cel stworzenia z tego jednocześnie fajnej powieści grozy. Ambitny i trudny, ale jednocześnie dający pole do popisu i wyróżnienia się w tej nowej fali autorów grozy.

Im dalej w przeszłość…

Manuskrypt nie spełnił do końca moich wysokich oczekiwań, ale pozwolę sobie zacząć od pozytywów. Najbardziej podobały mi się tutaj rozdziały osadzone właśnie w przeszłości: 1945 i 1621 roku. Można powiedzieć: im dalej w przeszłość, tym lepiej. Wątek alchemika Stroibera ma praktycznie wszystko, co trzeba. Jest postać ambitnego, pozbawionego skrupułów naukowca. Jest oskarżenie o zbrodnię. Jest świetny fragment przesłuchania, jak i dalsze konsekwencje dla winnego. Linie czasowe się tu przeplatają, przez większość książki przechodzimy z jednej linii do drugiej i muszę przyznać, że do XVII wieku wracałem najchętniej. Fantastycznie oddana surowość tych czasów, duża dbałość o szczegóły jak ówczesne opisy ówczesnych profesji, jakichś charakterystycznych przedmiotów, wplatany tu i ówdzie łacina… Jaram się takim klimatem i śledziłem te rozdziały z dużym zainteresowaniem.

Rozdziały z kawalerzystami też dały spory satysfakcji. Inne otoczenie, ale wyczuwalna podobna otoczka chłodu i surowości, doskonała w utworach grozy. Do tego, ponownie, sporo ciekawostek i przekonująco przedstawiony sposób funkcjonowania takiej jednostki. Wątek trochę mniej rozbudowany i mniej pomysłowy, ale i tak ciekawy.

Tym samym mogę powiedzieć, że podobało mi się w porywach 2/3 Manuskryptu. Jak pewnie się domyślacie, problemy pojawiają się we fragmentach osadzonych współcześnie.

Mimo, że ta fabuła na tej linii czasowej również jest krótka, ma się tutaj to wrażenie, jakby nie mogła się rozkręcić. Sporo czasu mija, aż wchodzi to na właściwy tor, a i wtedy autor odkleja się od niego, by jeszcze jakoś przybliżyć nam postać rolnika. I to samo w sobie nie jest złe, ale postać współczesnego szaraczka i jego codzienność po prostu nie są dla mnie tak interesujące, jak praca dawnego alchemika, a rolnika zostawiono niestety na koniec. Po drugie, kiedy pojawia się w końcu wspomniana księga i postacie okazują jej większe zainteresowanie, właściwie trzeba już tę powieść kończyć. Trzeba na szybko ulepić jakiś finał, a jeśli chciałeś się dowiedzieć czegoś więcej o artefakcie… No cóż, może następnym razem.

Manuskrypt – z dużej chmury mały deszcz?

Jest tu jeszcze trochę dziwnych rozwiązań. Na przykład rozdział, który nie popycha akcji do przodu, a przypomina artykuł o historii jednej z występujących tu miejscowości. Albo postacie Czechów, których akcent autor postanowił przedstawić odpowiednio zmieniając dialogi, jakby nie wystarczyła czytelnikowi informacja, że mówią z wyraźnym akcentem. Tym samym ten cieżki klimat budowany na początku, pod koniec się rozmywa.

Autora należy natomiast pochwalić za fajny, surowy styl. Nie sili się na jakąś szczególną kwiecistość i ta surowa elegancja świetnie się w tej książce sprawdza, zwłaszcza w połączeniu z wyczuwalną kompetencją w budowaniu tła historycznego.

Ostatnio pomijam kwestię okładek, no ale… Oto czasy, gdy zjawiskowego opakowania doczekują się już nie tylko autorzy grozy, ale wręcz debiutanci w tym gatunku. Okładka wgniata w fotel, do tego mamy wewnątrz wspaniałe ilustracje Krzysztofa Wrońskiego. Jest to coś, co chciałoby się powiesić na ścianie. Brawa dla Wydawcy.

Czekamy na kolejny krok autora, bo jest tu moim zdaniem spory potencjał, który w Manuskrypcie do końca nie wybrzmiał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *