Wziąłem kurs szybkiego czytania, zdołałem przeczytać „Wojnę i pokój” w dwadzieścia minut. To jest o Rosji.

 

Nie mogło tu zabraknąć znanego cytatu Woody’ego Allena. Zapewne zdarzyło Wam się w którymś momencie życia zetknąć z informacją o szybkim czytaniu. Ba, w sieci bez problemu znajdziecie płatne kursy, które obiecują kilkukrotne przyśpieszenie procesu czytania i pochłanianie książek z prędkością pogłębiania się moich zakoli. Książki na blogu pojawiają się regularnie, a wśród Was z pewnością są czytelnicy, więc pomyślałem, że poruszę ten temat. Tym chętniej, że w czasach mojej młodości (tj. nie było Was jeszcze) miałem okazję z takiego kursu skorzystać.

 

Kurs szybkiego czytania

Wyszło to trochę przypadkiem, a a trochę sam się wpieprzyłem. Były ty chyba ostatnie lata podstawówki i na którejś lekcji nauczycielka przedstawiła nam pana z wąsem, który chciał pogadać o nauce szybkiego czytania. Jak łatwo się domyślić, zupełnie przypadkiem miał też w zanadrzu kurs, do którego udziału zachęcał i przekazał nam stosowne formularze. Wypełnili to wszyscy, aczkolwiek dla jaj. Jakiś czas później ten sam facet odwiedzał u nas na wsi podane w formularzach adresy, by nawiązać z rodzicami tych chętnych umowy i dogadać szczegóły.

Odmówili wszyscy. Oprócz mnie.

Znaczy się, nie byłem chętny, ale rodzice byli w pobliżu, a że byli jak najbardziej otwarci na możliwości mojego rozwoju (ktoś musiał, bo ja otwarty nie byłem), to podpisali, co im facet podsunął. Jak widzicie nie należę do osób asertywnych. Nie pamiętam, ile taki kurs kosztował ani nawet ile trwał, ale obstawiam, że około pół roku.

Dostałem bodajże dwa podręczniki i miałem czekać na telefon od pani mentorki. Wybraliśmy sobie jeden dzień w tygodniu i konkretną godzinę, w której ta będzie się odzywała. Rozmowy trwały zazwyczaj około 20 minut w trakcie których wybierano mi zadania na najbliższe dni i sprawdzano wyniki z poprzednio przyznanych ćwiczeń. Praca przede wszystkim samodzielna. Za ukończenie kursu otrzymałem dyplom, który nie wiem już gdzie się znajduje. Jeśli o to chodzi, to nikt nigdy o niego nie pytał w trakcie mojej kariery zawodowej, ale być może są ścieżki, na których można zrobić z takiego bajeru użytek.

Szybkie czytanie

 

Na czym polega nauka szybkiego czytania?

Przede wszystkim na czytaniu. Istotne tutaj są dwa czynniki: prędkość czytania (ilość przeczytanych słów na minutę) oraz stopień zapamiętywania informacji z tekstu. Na początku kursu (tudzież samodzielnej nauki) należy uczciwie sprawdzić sobie jedno i drugie, by mieć jakiś punkt odniesienia przy kolejnych ćwiczeniach i sprawdzać postępy. Jeśli chodzi o przeciętną prędkość czytania, to waha się ona od 180 aż do 400 słów na minutę. Jest to po części uzależnione choćby od tego, jak często na co dzień czytamy i przykładowo tę górną granicę osiągają częściej pochłonięci nauką studenci.

Podejścia do nauki szybkiego czytania są różne, a w efekcie inaczej podchodzą do sprawy nauczyciele. W moim przypadku przewijało się stwierdzenie o poszerzaniu pola widzenia i w tym kierunku zmierzały ćwiczenia. Długość tekstów w ćwiczeniach nie tylko się zwiększała, ale również był on przedzielony na różne sposoby delikatnymi liniami. Te miały oduczać czytelnika podążania za każdym słowem po kolei, a nastawiać na chwytanie wzrokiem całych partii. Jeśli więc strona przedzielona jest na pół pionową linią, to należy starać się czytać po pół linii, przeskakują wzrokiem z lewej strony na prawą.

 

Szybkość kosztem zrozumienia tekstu

Innym ćwiczeniem, nastawionym już raczej na ogólne zrozumienie, były wybrakowane teksty. Część słów zostaje zakryta, a czytelnik ma za zadanie przeczytać całość jak najszybciej i jak najwięcej z tego zapamiętać. Na koniec należy odpowiedzieć na pytania dotyczące treści. To, jak rozumiem, ma na celu wprowadzenie nawyku (nie?)świadomego omijania krótkich, w domyśle mniej istotnych fragmentów (np. spójników) i dopowiadanie sobie czego trzeba w głowie poprzez proste łączenie faktów.

Źródło: www.eduksiegarnia.pl

To były takie dwa podstawowe ćwiczenia, w których poziom trudności z czasem oczywiście wzrastał. Z ciekawostek, to możecie kojarzyć taki obrazek młodzieży stukającej ołówkami o stoły i kartkującej książki jak opętani przez samego Lucyfera. Stukanie ma na celu nadanie odpowiedniego rytmu czytania. To jest, jeśli tekst mamy podzielony na dwie części, to czyta się: lewa (stuk), prawa (stuk), lewa (stuk), prawa (stuk). Też było to jedno z zaleceń na kursie, ale unikałem tego, bo mnie stukanie rozpraszało.

 

Czy warto?

Sprawdziłem sobie, ile obecnie kosztują kursy. Jedni proponują szkolenie już za 200 złotych, natomiast bardziej renomowane szkoły chcą nawet kilka tysięcy za takie zindywidualizowane zajęcia. W zamian obiecują kilkukrotny wzrost prędkości czytania, tj. nawet przekraczający te 1000 słów na minutę. W teorii można więc wciągnąć Władcę pierścieni na kilku posiedzeniach. Wszystko pięknie, ALE

Jestem zdania (i nie jest to tylko moje zdanie), że czytanie z taką prędkością MUSI wiązać się z ograniczeniem zrozumienia danego tekstu. Mniejszym lub większym. Nie bez powodu wymienione wyżej ćwiczenia nastawiają na omijanie pewnych fragmentów. Tutaj rodzi się kluczowe pytanie:

 

Dlaczego chcesz czytać szybciej?

Jeśli marzy Ci się błyskawiczny rozwój poprzez wciąganie nosem 3 podręczników naukowych dziennie, to muszę Cię rozczarować. Nie tak to działa i należy to wyraźnie zaznaczyć, a tego szkoły szybkiego czytania nie robią.

Owszem, przy trudnym tekście coś z tych ćwiczeń zawsze zostaje. Miejcie jednak na uwadze, że samodoskonalenie z danej dziedziny oznacza przyswajanie wiedzy i wprowadzanie jej w życie. Nie zostaniesz świetnym fizykiem poświęcając kilka godzin na przeczytanie podręczników, bo nie poświęcisz im wystarczającej uwagi. Jeśli chcesz coś z nich wynieść, musisz zwolnić.

Najlepiej czyta się teksty, z którymi czujemy się dobrze. Mam tu na myśli przede wszystkim literaturę popularną, gatunkową, jakieś powieści, które chciałoby się przeczytać dobrowolnie dla rozrywki.

Szybkie czytanie

Może na własnym przykładzie. Do kursu przystępowałem jako chłopak czytający regularnie dla przyjemności, co jest z pewnością jakimś plusem i ułatwieniem. Mimo wszystko przystępowałem niechętnie i nie zawsze się przykładałem, aczkolwiek nawyki wówczas nabyte zostały ze mną do dziś. Zmierzyłem sobie prędkość takiego swobodnego czytania na przykładzie pierwszej lepszej powieści i jest to poziom 600-700 słów na minutę. Może nie powala biorąc pod uwagę, co w takim kursie się obiecuje, ale w tym przypadku można uznać, że sam sobie jestem winien. Nadal jest to jednak jakieś dwa razy szybciej, niż pierwotnie było. Tak czy inaczej, niekiedy jestem zmuszony zwolnić. Tak było choćby z Wiecznym Grunwaldem Szczepana Twardocha (powieść w formie monologu, w większości napisana staropolszczyzną) czy Perfekcyjną niedoskonałością Jacka Dukaja (naukowy żargon).

 

Nauka na własną rękę?

Jak już wspomniałem, moja praca była tu przede wszystkim samodzielna. Korzystanie z kursu ma ten plus, że ktoś stoi nad Tobą z kijem. Wypadałoby pokazać efekty, a to już jakaś motywacja. Ta jednak może wypływać z wewnątrz, jeśli ma się wystarczająco chęci, samozaparcia i czasu. Jeśli chcesz się uczyć szybkiego czytania, spróbuj to robić na własną rękę. Zamiast płacić gruby hajs za kurs, poszukaj podręczników i kilku złotych porad z darmowych źródeł.

Jestem przekonany, że czytanie choćby na moim poziomie jest w zasięgu ręki bez dodatkowych opłat. Takie wnioski wyciągam po tych latach.

Mieliście jakieś doświadczenia z szybkim czytaniem? Jest to dla Was jakaś nowość? Może chcielibyście pochwalić się z jaką prędkością kartkujecie książki? Chętnie poczytam Wasze komentarze, a ponadto przypominam o swoim facebooku i instagramie. Zapraszam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *