Ostatnie miesiące częściowo stoją pod znakiem wielkich powrotów reżyserów wyklętych. Był już Gaspar Noe, a ostatnio polskiej premiery doczekał się również nowy von Trier. Duńczyk sukcesywnie – choć nie tylko – stawia w swoich dziełach na trudne tematy i szokowanie. Nie inaczej zapowiadał się Dom, który zbudował Jack, który odważnym i zgrabnie zmontowanym zwiastunem zdołał przyciągnąć uwagę widzów. Całość zapowiadała się jako świeże podejście do postaci seryjnego mordercy.  Nazwisko reżysera wydawało się tu natomiast gwarancją swoistej jazdy bez trzymanki, jak i szczerych przemyśleń.

Jak jest w rzeczywistości?

 

Dom, który zbudował Jack (2018)

Głównym bohaterem jest tu oczywiście tajemniczy Jack (Matt Dillon), a widzom przyjdzie poznać jego pierwsze kroki na ścieżce seryjnego mordercy. W kolejnych minutach swoim czerwonym rzęchem zabiera nas nie tylko do kolejnych miejsc zbrodni, ale również na wycieczkę w przeszłość, do lat dzieciństwa.

Ta starannie zbudowana z krwi i kości postać wydaje się jednocześnie najmocniejszym punktem dzieła Larsa von Triera. Zadbano tu o odpowiednie podkreślenie cech psychopatycznych, co wiąże się nie tylko z kompletnym brakiem empatii, ale również wybitnym operowaniem kłamstwem. Ciekawie wykorzystano też jego nerwicę natręctw. Jack potrafi w wyrafinowany i bezlitosny sposób bawić się swoimi ofiarami, ale ma też własne cechy charakteru, przemyślenia czy tło psychologiczne, co w efekcie daje nam bohatera namacalnego i prawdziwego. Stwierdzenie, że widz jest w stanie się z nim utożsamić byłoby odważne, aczkolwiek okazanie pewnej dozy zrozumienia po połączeniu faktów wydaje się już na miejscu.

Trzeba też oddać Dillonowi honor – jak na zakurzonego aktora, który wypadł z pierwszej ligi, wykorzystał szansę znakomicie. Na bazie danego scenariusza stworzył wielowymiarową postać wzbudzającą w widzu skrajne emocje.

Czyżby nowa jakość w kinie mordu? Było blisko. Nie chodzi mi o to, że film nie dobrnął do pewnego jakościowego progu. On wręcz go minął i zatrzymał się 50 kilometrów dalej. Dom, który zbudował Jack nie jest kinem czysto gatunkowym, czego można było się spodziewać. O ile elementy czarnej komedii są wplecione zgrabnie i nie zaburzają odbioru, to nabrzmiałe i żylaste ego Larsa kazało skręcić na ścieżkę poezji i metafor. Niepotrzebnie, bo to działałoby również jako prosty komentarz dotyczący choćby przemocy w obecnym świecie. Tutaj przekaz jest czytelny, a mimo to skłaniający do pewnych przemyśleń. Ba, jest nawet na tyle mocny, że moim zdaniem uzasadnia obecną tu przemoc.

 

Im mniej, tym więcej

Nie sposób nie zauważyć, że ma się tu do czynienia z kinem w dużej mierze osobistym. Sugestia w tym wypadku byłaby niedopowiedzeniem, bo reżyser w pewnym momencie jawnie daje to do zrozumienia. Ta bezczelność pozwala poukładać sobie w głowie część z rozsypanych klocków, natomiast budzi też wątpliwości i niesmak. Czy Dom, który zbudował Jack ma szansę się bronić jako osobne dzieło? Jest sens pokazywać to osobom niezaznajomionym z dotychczasową twórczością, jak i kontrowersyjną otoczką wokół autora? I czy tworzenie filmu na złość innym, dla własnej satysfakcji, jest… moralne?

Pod względem technicznym film przekonuje. Muzyki jest niewiele, ale zauważa się to po seansie. Fajnie dobrano tę częstokroć szarą, wypraną z kolorów scenografię. Słowa uznania należą się autorowi zdjęć, który łapie też wielokrotnie bohaterów w ujęciach z rąsi – sprawdzony zabieg z filmów von Triera. Pojawiają się ponownie te wstawki z filmów dokumentalnych, co też zdaje egzamin. Warto wspomnieć, że znalazło się miejsce dla fajnie wykonanej animacji. To chyba poklatkówka była? W każdym razie jest znakomitym towarzyszem dialogu bohaterów.

Nie napiszę, że jestem rozczarowany, bo znam filmografię Larsa von Triera i wiedziałem, czego się spodziewać. Były jednak takie chwile, kiedy czułem, że mogę zostać pozytywnie zaskoczony uproszczeniem formy do surowego, krwistego kina, które mieściłoby się jakichś ramach, a przy tym wyróżniało pełną atrakcji wycieczką po bani mordercy.

Choć czuję wewnętrzne rozdarcie, werdykt jest prosty. Fanom twórczości reżysera polecam – to jest ten sam bezczelny Lars z ostatnich lat, a nawet pozwala sobie na więcej. Pozostałym zalecam ostrożność.

Psst…

Ej, chcesz być na bieżąco z kolejnymi wpisami? Przypominam, że znajdziesz mnie na facebookuinstagramie i twitterze. Zapraszam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *