Wyspa doktora Moreau. Książka H.G, Wellsa. Analiza powieści.

Gdy w 1896 roku ukazała się Wyspa doktora Moreau, zaledwie trzydziestoletni wówczas Herbert George Wells raczej nie spodziewał się, jak ważna dla całej popkultury okaże się ta skromna objętościowo książka. Dziś Wells to już oczywiście ikona i jeden z ojców fantastyki naukowej, czerpiący również z innych gatunków.

Wyspa doktora Moreau to w końcu nie tylko SF, ale również – może i przede wszystkim – doskonała, niepokojąca powieść grozy. Nie tylko doczekała się kilku ekranizacji, ale też dała inspirację wielu innym twórcom, nie tylko ze świata literatury. O tym aspekcie dowiecie się więcej z posłowia doktora Mirosława Gołuńskiego w nowym wydaniu książki, ja natomiast chciałbym dziś wyjaśnić Wam jej wielkość, a także ponadczasowość.

Bo choć historię rozbitka Prendicka poniekąd już znałem z niesławnej ekranizacji z 1996 roku, literacki oryginał H.G. Wellsa i tak mnie zaskoczył. Całość, w tym przesłanie historii, widzę dziś też w nieco innym świetle.

Wyspa doktora Moreau | Herbert George Wells | Wydawnictwo Vesper

Motywem, który najbardziej kojarzyłem sobie z powieścią Wellsa jest zabawa w Boga. Podobnie jak w przypadku Frankensteina Mary Shelley, mamy w historii postać zdesperowanego, pozbawionego hamulców moralnych naukowca. Doktor Moreau zamieszkuje na wyspie, gdzie w odcięciu od cywilizacji i przy niewielkiej pomocy Montgomery’ego tworzy własną, kompletnie podporządkowaną społeczność. Zwierzęta Moreau to co prawda namiastka ludzi, zaledwie imitująca ich zachowanie czy mowę, jednak same w sobie stanowią fenomen. Swoje istnienie zawdzięczają postaci szalonego naukowca, który tym samym stał się dla nich de facto Stwórcą, Bogiem w ludzkiej postaci.

Wyspa doktora Moreau. Książka z wydawnictwa Vesper. Klasyka science fiction. Analiza książki.

Taka ingerencja w prawa natury (a tym samym prawa boskie) nie może mieć szczęśliwego finału.

Wyspa doktora Moreau niesie przestrogę. Zarówno przed zbytnią ingerencją w porządek natury, ale i przed wyzbyciem się wszelkich hamulców moralnych.

Mniej oczywista dla mnie, odbiorcy, była interpretacja tej historii w sposób jednocześnie najbardziej przyziemny i dosłowny. Świetnie wykłada to doktor Mirosław Gołuński w posłowiu zawartym w książce. Choć fakt ten łatwo może umknąć, Wyspa… jest powieścią napisaną przez biologa i miałaby stanowić swego rodzaju manifest, jak i opowiedzenie się po którejś stronie narastającego w XIX wieku konfliktu ideologicznego. Spór dotyczył wówczas niehumanitarnych badań przeprowadzanych na zwierzętach. Praktyki te zaczęto postrzegać jako bestialskie po sformułowaniu teorii Darwina, która to zmuszała ludzi do spojrzenia na inne gatunki jako zdecydowanie bliższe, niż wydawało się do tamtej pory. Niemniej, finałem tej historii Wells sugeruje, że ludzi i zwierzęta dzieli granica, której nie da się przekroczyć nawet przy pomocy najbardziej karkołomnych eksperymentów. Tym samym też wszelkie takie próby można uznać za bezcelową krzywdę dokonywaną na jednostkach.

H.G. Wells o naturze – analiza i interpretacja książki

Już sama krytyka niehumanitarnych eksperymentów naukowych, obecnych przecież i współcześnie, jak i uniwersalny motyw zabawy w Boga, czynią z Wyspy doktora Moreau powieść ponadczasową. Z interpretacją dzieła Wellsa można jednak iść dalej.

Analiza książki. Herbert George Wells - Wyspa doktora Moreau.

Do myślenia daje tu stworzone przez doktora Prawo. To prosty zbiór zasad narzucony zwierzo-ludziom, swoisty regulamin wyspy. Prawo ma stanowić dodatkowo motywację dla istot, by przejęły ludzkie zachowania i trzymały się ich. Ma ostatecznie oderwać je od swojej natury pod groźbą kary. Czy to Wam czegoś nie przypomina?

Prawo na wyspie to uproszczony system, który można odnieść zarówno do systemu norm obowiązujących w obrębie danego państwa, jak i do prawa religijnego – ot, choćby dekalogu.

Lubię interpretować dzieło Wellsa jako pewien obraz cywilizacji; zachowania człowieka pod ciężarem narzuconych mu norm. O ile królestwo zwierząt jako takie się nie zmienia, człowiek przez cały okres swojego istnienia zdecydowanie się od niego odciął. Zaczynaliśmy jednak dosyć podobnie – jako stworzenia bojące się ognia, zabijające by przeżyć i poddające się najbardziej prymitywnym instynktom.

Tak jak w królestwie zwierząt trudno mówić o obecności zła, tak i trudno nazwać zachowanie człowieka pierwotnego złym. Nie znaczy to jednak, że zło pojawiło się z czasem. Nie, zło po prostu z czasem zostało określone. By tych konkretnych zachowań unikać i zapewnić sobie bezpieczeństwo we własnym gronie, stworzono religie oraz sformułowano prawo. Możemy się oczywiście rozdrabniać co do pojęcia myślenia, ale jednać to szeroko rozumiane prawo, choćby w formie rozwijającego się instynktu samozachowawczego i poczucia moralności, jest jedną z podstawowych cech odróżniających nas od zwierząt.

Tak przynajmniej, moim zdaniem, musiał postrzegać to Moreau – stąd uproszczony system na zasadzie kija i marchewki. Jeśli jednak zagłębić się w to bardziej, trudno mówić o ostatecznym odejściu człowieka od swojej pierwotnej natury. Owszem, życie w społeczeństwo i rozwinięta cywilizacja skutecznie (z wyjątkami) trzyma nas w pewnym rygorze. Co jednak dzieje się, gdy jednostki zostają ze społeczeństwa wyrwane i zmuszone do walki i przeżycie? Jak zachowuje się człowiek nie czujący nad sobą groźby kary? Najprostszym przykładem są oczywiście wszelkie wojny, gdy za uśmiercanie wybranych grup nie grozi już kara i oprócz zabijania niesie to również szereg innych zachowań, teoretycznie niewymaganych odgórnie: znęcania, tortur czy gwałtów. I są to zachowania powtarzalne, obecne w trakcie konfliktów od tysięcy lat, również ze strony najbardziej rozwiniętych kultur.

Przykłady można oczywiście mnożyć i mam nadzieję, że rozumiecie mój tok rozumowania. Ostateczną porażkę doktora w przemianie zwierząt w ludzi ja dostrzegam właśnie w upadku Prawa. Jako ludzie mamy więc tę przewagę, że pewne normy (takie czy inne) ostatecznie wdrożyliśmy w naszą codzienność. Nie oznacza to jednak, że naturalnych instynktów ostatecznie się wyzbyliśmy – te udało nam się jedynie ukryć. Do czasu.

Wyspa doktora Moreau – wybitna kiedyś, wybitna zawsze

Dosyć niespodziewanie, ale przyznaję, że trochę zryła mi banię ta książka. I to mimo znajomości tej historii z filmu, który notabene różni się nieco pod kątem fabuły. Pismo to jednak pismo, można z niego często wyczytać dużo więcej niż z obrazu.

A już tak schodząc na ziemię, to jest po prostu bardzo wciągająca i porządnie przełożona historia. Fajnie łączy science-fiction z nutką grozy i takim klasycznie przygodowym tłem. I bez ściemy napiszę, że to jedna z moich ulubionych książek z kolekcji Vesper W OGÓLE. Jedna z najciekawszych fabularnie, najbardziej pozostających w głowie i najlepiej wydanych. Stare ilustracje G.G. Bruno naprawdę miażdżą i chciałoby się, żeby częściej korzystano w nowych wydaniach z takich rarytasów.

Niezwykła, ponadczasowa historia. Bierzcie i kupujcie z tego wszyscy.

Wydawnictwo Vesper. Książki science-fiction. Klasyka literatury. Wyspa doktora Moreau.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *