"Księga M" - recenzja debiutanckiej powieści Peng Shepherd.

Ostatnio zachwycałem się naszymi rodzimymi debiutantami, więc przy debiutach jeszcze pozostańmy. Tym razem jednak zagranicznych, a konkretnie powieści Księga M – najlepszej pozycji fantasy/science fiction w roku 2018 według Amazona.

Wydawnictwo Burda wydało u nas powieść Peng Shepherd w kwietniu bieżącego roku. Szufladka z fantastyką jest oczywiście dosyć obszerna, natomiast okładka i opis z grubsza przedstawiają nam składowe książki. Oprócz postapo osadzonego w niedalekiej przyszłości mają się tu pojawiać elementy magii i porządnie nakreślone relacje damsko-męskie.

Winszuję odwagi. Jak spadać, to z wysokiego konia.

Księga M | Peng Shepherd | recenzja książki

Światem w powieści wstrząsa tzw. klęska Zapomnienia. Ludzie zaczęli tracić swoje cienie, co wiąże się również ze stopniową utratą pamięci. Problem rozrasta się na skalę światową, a przy tym zyskuje rangę apokalipsy – bezcieniści przestają rozpoznawać swoich bliskich, tracą też zdolność czytania, komunikacji, czy podstawowy instynkt samozachowawczy.

Peng Shepherd w wydaniu Burda Książki. Recenzja powieści.

Historia w Księdze M skupia się na postaciach Ory’ego i Maxine, którzy mieszkają w opuszczonym hotelu. Gdy kobieta traci swój cień, ucieka od męża, a ten natychmiast wyrusza na poszukiwania. Pojawiają się tu jednak szybko retrospekcje, inne postacie i odrębne wątki, które stopniowo się zazębiają.

Dla kogo jest Księga M?

Zabawa gatunkiem to nie są rurki z kremem, co na rodzimym rynku potwierdził nie tak dawno Cymanowski Młyn. Peng Shepherd w swojej Księdze M również stara się przekraczać pewne granice. Z równie rozczarowującym skutkiem.

Wątek poszukiwań Ory’ego w dużej mierze oparty jest na klasycznej wędrówce i eksploracji tego świata, co całkiem nieźle wpisuje się w gatunek postapo i potrafi zaangażować czytelnika. Gorzej jest już ze wspomnianą Max, która w trakcie tułaczki prowadzi taki audio-dziennik. Rozumiem, że jej wątek miał mocniej nakreślać relację z mężem, ich miłość, i to samo w sobie jest niezłym pomysłem. W praktyce sprowadza się niestety w dużej mierze do nudnych wspomnień i opisów dziennej rutyny. Dziś zrobiłam to i w sumie było nieźle. A pamiętasz, jak robiliśmy to i tamto? Ja pewnie niedługo zapomnę. O, nie umiem już pisać.

"Księga M", czyli debiutancka powieść z pogranicza fantasy i science-fiction.

Uwierzcie mi, że nie było mi łatwo nie przekartkować sobie tych stron. Jest tego po prostu za dużo i w niewielkim stopniu posuwa akcję do przodu. Nie udało się moim zdaniem oddać autorce tragedii tej postaci. Fragmenty nie podkreślają też odpowiednio istoty zjawiska wspomnień, a widać, że taką miały pełnić funkcję. Albo inaczej: podkreślają tę rolę aż za bardzo, co przeradza się w łopatologię. Popadają jednocześnie w nadmierną ckliwość, która przykrywa nam gdzieś po drodze sam motyw przetrwania w trudnych czasach, dla mnie jako czytelnika ciekawszy od niejasnego, rozmywającego się przekazu.

Świat, który nie funkcjonuje

Fakt, że autorka skupia się przesadnie na emocjach boli podwójnie, bo w trakcie lektury rodzą się kolejne pytania. Motyw znikania cieni (i wspomnień przy okazji) wydawał mi się interesujący do czasu, gdy zrozumiałem, że nikt nie ma tu zamiaru specjalnie wyjaśniać tych kwestii. Raczej mamy skupić się na pokłosiu takiej sytuacji. Co by było, gdyby…

A, czyli to jest ta zapowiadana nutka lenistw… tfu! Znaczy się, magii. Skąd powiązanie pamięci z cieniem? Dlaczego nagle jedno z drugim znika? Czy jest w tym wszystkim jakiś klucz? Dlaczego świat działa tak, a nie inaczej? Magia, człowieku.

Można więc przyjąć, że są to sprawy wykraczające poza ludzki rozum. Można też przyjąć, że bohaterom Księgi M nie ma być dane poznanie zaplecza tej sytuacji. Ta powściągliwość ma jednak konsekwencje w postaci świata, w który nie sposób uwierzyć. Wspomniane czary-mary nie objawiają się ponadto w jakiś spektakularny sposób. To po prostu odpowiedź na pojawiające się pytania – wygodna dla autorki, ale niesatysfakcjonująca dla czytelnika.

Chodzi mi teraz po głowie scenariusz, w którym tej magii nie ma. Nie ma też znikających cieni, natomiast pozostaja sama utrata pamięci, którą dałoby się już jakoś wyjaśnić. Stary, dobry wirus czy rozprzestrzeniająca się choroba, whatever. Nadal pozostaje powieść o istocie wspomnień, natomiast łatwiejsze staje wykreowanie zaplecza tej sytuacji. Udzielenie czytelnikowi odpowiedzi, których tak bardzo poszukuje.

Złe dobrego początki?

Warto pochwalić robotę wydawnictwa Burda Książki, które włożyło sporo pracy, by tę pozycję sprzedać. Mamy tu prześliczną, dedykowaną okładkę autorstwa Tomasza Majewskiego (warto przypomnieć ilustracje do Taśm rodzinnych), która pięknie będzie się prezentowała na półce. Do tego dochodzi odpowiednia gra fontów i kolorów oraz zachęcające opisy i notka o autorce. W środku tłumaczenie Izabelli Mazurek, które też wydaje się godne pochwały.

Opinia o pierwszej książce Peng Shepherd.

Księga M pozostaje niestety niedopracowana na etapie koncepcyjnym. Peng Shepherd miała na debiut ciekawy pomysł, natomiast zapomniała o mocnym szkielecie. Science fiction przechodzi tu w fantasy, kiedy autorce jest to na rękę, co daje w efekcie dwa-trzy różne gatunki obok siebie, a nie świeżą hybrydę.

Inną kwestią jest długość książki. 460 stron to nie jest bardzo dużo, natomiast zupełnie tu wystarczy, by całość sprawiała wrażenie rozwleczonej i nudnej.

Może następnym razem? Zobaczymy, jak Shepherd rozpisze swoje kolejne pomysły, natomiast mam nadzieję, że daruje sobie kontynuację Księgi M. Pozostaje się cieszyć, że nasze młode wilki startują mocniejszymi pozycjami – choćby wspomnianymi wcześniej Taśmami czy, bardziej tematycznym, Uczniem nekromanty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *