Netflix "After Life" - brytyjski komediodramat.

Ostatnio książek tutaj do obrzygania, więc pora wrócić do rozrywek dla plebsu. Zupełnie niespodziewanie na Netflix wskoczyła After Life – serial, który pominąłem nawet przy robieniu ostatnich zapowiedzi miesiąca. Biję się w klatę, bo nie zdawałem sobie nawet sprawy, że coś takiego powstaje. A powinienem, bo za całość (scenariusz, reżyseria i główna rola) odpowiada kochany przeze mnie Ricky Gervais.

Mowa tu o wybitnym brytyjskim komiku i stand-uperze, który zaistniał w kultowym The Office, zabłysnął w kilku ciekawych rolach (polecam Ghost Town) czy nieszablonowym, doskonałym w moim odczuciu prowadzeniem ceremonii rozdania Złotych Globów.  I to kilkukrotnie.

Nie jest to też pierwszy romans tego pyskatego, korpulentnego Angola z platformą giganta. W roku 2017 na Netflix pojawił się stand-up o tytule Humanity, który również serdecznie Wam polecam. Tym serdeczniej, że morał wynikający z występu zazębia się ze scenariuszem After Life.

 

After Life (2019)

Recenzja serialu "After Life".

Przez 6 odcinków (łącznie około 3 godziny seansu) przyjdzie nam śledzić losy Tony’ego. Facet w średnim wieku para się dziennikarstwem w lokalnej, darmowej gazetce. Poznajemy go jako zgorzkniałego buca z urazem do świata, co spowodowała utrata zmagającej się z rakiem żony. Serial skupia się na jego obecnych relacjach międzyludzkich, wyciąganiu wniosków, walce ze skłonnościami samobójczymi oraz z własnym ego.

Jako taki nieśmiały fanboj komika, znający po części jego dotychczasową twórczość, odbieram After Life jako serial wybitnie osobisty. Ricky Gervais ma swoje własne, może nieco osobliwe, podejście do życia, jak i niekiedy kontrowersyjne poglądy. I to w tym serialu oczywiście wychodzi, dlatego też wspomniałem i występie w Humanity. Luźne podejście do kwestii śmierci, carpe diem, gloryfikacja ateizmu, miłość do zwierząt czy bezpardonowe poczuciu humoru – to wszystko w którymś momencie wyłazi. Można się z tym zgadzać, można się oburzać. Można się też nie zgadzać, ale przymknąć oko i cieszyć rewelacyjnymi gagami.

Ricky Gervais i jego humor.

O ile całościowy przekaz produkcji był dla mnie częściowo wtórny, to strona komediowa trafiła do mnie w stu procentach. Jestem wybredny, jeśli chodzi o ten gatunek, co może wynikać z delikatnego skrzywienia, natomiast obecna tu hybryda czarnej komedii, brytyjskiego humoru, masy sarkazmu i autoironii, podsyconych dodatkowo mocnym językiem, wywoływała u mnie rechot. Żarty są błyskotliwe, celne, skupiają się na bohaterach i nie oszczędzają nikogo. Świetnie zazębiają się z przedstawianą sytuację, częstokroć stanowiąc jej swoistą puentę. Nawet te prostackie odskocznie, oparte na śmierdzącym bąku czy piciu deseru z mlekiem z cycków, działają jak należy i znaleziono na nie odpowiedni moment.

 

Wszyscy mamy przejebane

Warto tu przypomnieć, że After Life to także lekki dramat, przybierający formę przystępnej lekcji życia. Nasz Tony musi ostatecznie podjąć decyzję – być albo nie być. To pierwsze wiąże się z nauką życia po stracie najbliższej osoby. W jego oczach oznacza to naukę życia na nowo.

W praktyce nie jest to łatwe, natomiast samo w sobie jest stosunkowo proste. Podstawą tej szkoły są ludzie i ich zrozumienie, a dokładniej – dostrzeżenie w nich samego siebie. Całość ostatecznie sprowadza się do akceptacji faktów, że ludzie czasami umierają, że mogą mieć gorsze dni i być nieprzyjemni, że warto znajdować radość w małych rzeczach. Przede wszystkim może jednak do tego, że życie jest krótkie, więc warto z niego korzystać, a przy okazji żyć w zgodzie z innymi i nie przeszkadzać sobie nawzajem.

To całkiem fajny morał, który pozostaje jednocześnie namacalny dla każdego. Trudno odmówić tu autorowi słuszności i choć jednocześnie nie jest to myśl zbyt wyszukana czy górnolotna, to pozostaje zgodna z przyziemną, prostą historią Tony’ego. Fakt, że sam bohater to taki regular guy, któremu wymontowano hamulce słowne i moralne (zabieg podobny do postaci Adasia Miauczyńskiego z Dnia Świra), czyni z After Life serial, w którym łatwo znaleźć siebie. Z kolei poruszane w nim problemy łatwo zauważyć we własnym życiu.

Dobra rzecz. Serial pojawił się trochę znikąd i da się zauważyć, że skradł już serduszka tysiącom widzów. Nie zdziwię się, jeśli będziemy go wspominać jako najlepszą produkcję Netflix roku 2019. Zachęcam do oddania się Tony’emu i towarzyszeniu mu w krótkiej podróży ku wyjściu z jego osobistego (a w gruncie rzeczy również naszego, ludzkiego) spierdolenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *