Czytanie książek i wykorzystywanie zdobytej wiedzy

Wracamy do kwestii czytania książek. Pierwotnie miał to być wpis poświęcony tzw. snobom książkowym – i im też się dostanie – jednak ostatecznie wyszło coś więcej. Jakie wartości w rzeczywistości niesie czytanie książek? Czy faktycznie książki potrzebują, by dziś o nie walczyć? Co robimy źle i jak to naprawić?

 

Czytanie książek – kiedyś i dziś

Temat w jakimś stopniu pokrewny z kwestią blog vs vlog, którą poruszałem niedawno. Faktem jest, że książki (i czytanie przy okazji) straciły prym, który wiodły przez wiele lat. W kwestii obcowania z kulturą nie stanowią już jedynego medium ani nawet medium głównego. Ludzie mają wybór, którego kiedyś nie mieli. Oprócz czytania książek mogą czytać blogi, portale internetowe, oglądać filmy i telewizję, wybrać się bezproblemowo do teatru… To jest wszystko zależne od indywidualnych preferencji, naprawdę wielu czynników, które drzewiej przez ograniczony wybór właściwie się nie kształtowały.

Czy malejąca rola książki jest czymś, nad czym należy ubolewać? Być może niektórych zaskoczę, ale absolutnie nie. Jest to po prostu znak czasu i rozwoju; wybór, którego dokonała ludzkość. Co więcej, w rzeczywistości nic tu tak naprawdę nie ginie. Książki nie przestaną się pojawiać prawdopodobnie nigdy, choć być może przejdziemy kiedyś ostatecznie na czytniki elektroniczne. Jeśli jednak ktoś mając do wyboru przeczytanie powieści, a obejrzenie tej samej historii na ekranie w kinie, wybiera to drugie… No to co z tego?

 

Nie tylko książka

Nie wierzę w to, że język pisany umiera. On stracił na wartości, ale raczej stanął na pewnym poziomie atrakcyjności, aby uzupełniać się z pozostałymi mediami. Nie rozpatruję tego w kategoriach nierównej konkurencji i odbierania sobie odbiorców, choć może to niekiedy tak wyglądać. Sama możliwość bezproblemowego obcowania z kulturą na wielu płaszczyznach jest natomiast czymś pięknym i daje nam możliwość rozwoju emocjonalnego i krytycznego – również na wielu płaszczyznach. I to jest dla mnie ewentualnie powód, dla którego do czytania książek warto zachęcać – żeby otworzyć kolejną szufladkę i trochę w niej pogrzebać, tak z ciekawości, dla porównania. Zrozumieć, w jaki sposób buduje się historię literkami, a jak obrazem.

Z tego samego powodu można jednak zachęcać kinomanów do grania w gierki, a graczy do zagłębienia się w muzykę czy teatr. Problem polega na tym, że jest tego wszystkiego zbyt dużo, a doba nie jest z gumy. Chcąc zgłębiać jedno, trzeba zrezygnować z drugiego. I przy okazji, w oczach pewnego grona, zyskać łatkę ignoranta.

 

Książkowy snobizm

W ten sposób przechodzę do tzw. książkowej hipsterki. W sieci stykam się z tą grupą dosyć często i ostatecznie do napisania kilku zdań zachęcił mnie wpis na Wykopie. Książkowe snoby w porównaniu ze swoimi odpowiednikami w innych rejonach (filmowym, muzycznym czy nawet piwnym) są stosunkowo nieszkodliwe, więc może tym bardziej warto zdusić to zjawisko już w zarodku, nim się rozwinie.

Pokładanie w literaturze swojej chęci na rozwój jest błędne. Albo inaczej… Czytanie nie rozwija tak, jak może się wydawać. Owszem, dopóki nad powieściami czuwają uzdolnieni pisarze, redaktorzy i korektorzy, można uznać, że czytając szlifujemy sobie ortografię, powiększamy zasób słownictwa i podbijamy kwiecistość wypowiedzi. I to jest też moim zdaniem przewaga książek nad choćby blogami – książka musi być napisana tip top pod tymi względami, a autor może ponadto bawić się stylem i wprowadzać świeże rozwiązania. A bloger, to wiadomo – raczej na sucho i często paskudnie.

Czy warto czytać?
Bleh.

Blogowanie może tu jednak stanowić dobry przykład na wykorzystanie wartości zdobytych czytaniem w praktyce. Po co rozwijać się na wymienionych wyżej płaszczyznach, skoro taki namiętny czytelnik nic z tym później nie robi? Po co uczyć się dobrego pisania, skoro się nie pisze? To jest główny problem z książkowymi snobami – oni albo nie rozumieją, co zyskują, albo nic z tym nie robią.

 

I NIE MA W TYM NIC ZŁEGO…

…pod warunkiem, że nie robisz z siebie Alfy i Omegi.

O subtelnych (mniej lub bardziej) oznakach pogardy do nieczytających już nawet nie wspomnę. Czy tak ciężko jest przyznać, że czytasz po prostu dla rozrywki, a kolejny kryminał czy romans nie zmienią Twojego życia? Czytanie to świetna zabawa, z pewnością nie gorsza niż film, natomiast nie widzę też powodu, by uważać ją za lepszą. Przyklejono do książki tę łatkę rozwijania wyobraźni, ale to jest dla mnie śliska sprawa, bo ja nie do końca rozumiem, co to znaczy. Kończysz książkę fantasy i co? Co z tą rozwiniętą wyobraźnią robisz? To nie ma przełożenia na praktykę, chyba że (ponownie) na zdolność budowania historii samemu.

Można w tym momencie polecić literaturę faktu, jakieś książki historyczne czy podróżnicze. Coś, co rzeczywiście zawiera w sobie wiedzę, o którą się wzbogacasz. Z tym, że kino ma w takim razie filmy dokumentalne i ta wyższość książki znowu nam się rozmywa.

Myślę więc, że kluczowa jest w tym wszystkim zdolność do krytycznej oceny, co odnieść można do książki dowolnego rodzaju. Jeśli czytasz rocznie 50 tytułów, świadczy to o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że poświęcasz sporo czasu na czytanie. Po drugie, że chodziłeś/-aś do podstawówki i potrafisz to robić.

Czy książka umiera?
W łapach „Jaksa. Bies idzie za mną”

Książka Ci się podobała? Uzasadnij, dlaczego.

Wciąga? Z jakiego powodu?

Wnosi coś nowego do gatunku? Może zauważasz jakieś odniesienia? Wbrew pozorom nie są to łatwe pytania. Wiem, bo buszuję w sieci i widzę, co się dzieje. Dyskusja o jakości danej książki i wartościach, które niesie, to być może najlepszy sposób, by czytanie hobbystyczne przekuć w jakąkolwiek wartość. Doradzaj, krytykuj, polecaj i odradzaj. Mieszaj z błotem, jeśli trzeba. Analizuj kwestie, które inni przeoczyli. I zapewniam, że można to robić bez zbędnego zadęcia i snobizmu.

 

Przede wszystkim baw się dobrze

Najbardziej mierzi mnie w tym wszystkim, że tak trudno jest czytać dla czystej przyjemności. Dla rozrywki, tak jak piwniczaki oglądają w kinach te tasiemce Marvela. Są pewne kręgi, choćby część grup facebookowych, które przypominają kółka wzajemnej adoracji i leczenia kompleksów. Te wszystkie memy, wydarzenia, wzniosłe cytaty… Czytam, więc jestem lepszy.

I ja rozumiem, jaki jest tego cel, świadomy czy nie. Czytanie książek ma stać się bakcylem, którym inni mają chcieć się zarazić. Uważam, że nie tędy droga, a przypinanie czytaniu łatki elitarności mija się z celem i wręcz zraża nowicjuszy. Ludzie chcą rozrywki i należy walczyć o to, by książka była postrzegana jako sposób na przyjemne spędzenie czasu, a nie fałszywa skarbnica wiedzy.

Nikt tak naprawdę w to nie wierzy. Nie czytaj więc książek, żeby należeć do elity. Czytaj, żeby być zajebistym.

(a jeśli chcesz to robić szybciej, zajrzyj do wpisu o szybkim czytaniu)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *