Velvet Buzzsaw (2019)

Świeżynka na Netfliksie, której nie sposób się nie przyjrzeć. Jeśli chodzi o premiery z ostatniego piątku, to powiedziałbym nawet, że wygrywa nie tylko na platformie giganta, ale też kusi bardziej od filmów kinowych. Na papierze Velvet Buzzsaw ma właściwie wszystko, by pozamiatać. Zaczynając od dobrego reżysera, przez znakomitą obsadę, na intrygującej fabule i miksie gatunkowym kończąc.

Co więc sprawia, że film tak bardzo rozczarowuje?

 

Velvet Buzzsaw (2019)

Dan Gilroy (znakomity Wolny strzelec) tym razem zabiera nas do świata sztuki współczesnej i pokazuje go od kuchni. Głównym bohaterem jest tu Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal), uznany w środowisku krytyk. Akcja kręci się wokół budzących wszechobecny podziw prac tajemniczego, niedawno zmarłego artysty, o które walczą galerie i powiązane z nimi osoby.

Velvet Buzzsaw (2019)

Tym głównym wabikiem, jak i nadzieją na stworzenie kina ponadprzeciętnego, było połączenie gatunków. Valvet Buzzsaw jest w teorii taką luźniejszą satyrą na biznes kręcący się obecnie wokół sztuki. Przyjdzie nam zobaczyć jak pracuje krytyk, jakie motywacje nim kierują, a także jak na głośne dzieła patrzą w rzeczywistości właściciele galerii. Dosyć niespodziewanie podczepiono tutaj elementy horroru w postaci ożywionej i wrogo nastawionej do ludzi sztuki. I to niestety nie zatrybiło.

 

Wstrząśnięte, nie zmieszane

Zaczynając od scen grozy, to twórcy poszli na kompletną łatwiznę. Jeśli chodzi o budowanie napięcia, to takowe tu właściwie nie istnieje. Coś ma się stać, to z góry o tym wiadomo, bo postać zostaje sama. Jeśli ktoś ginie, to niewiele nas to obchodzi, bo każdy jest zepsuty i/lub przerysowany, a w efekcie ciężko się jakkolwiek utożsamiać. Choć nie ma tu tego horroru aż tak dużo, to i tak z braku polotu co rusz korzysta się z najtańszych jump scare’ów, co wzbudziło u mnie niemały podziw i niesmak. Takie nazwiska idą na taką łatwiznę? Ugh.

I ja rozumiem, że to jest kino fantastyczne, ale pod pewnymi względami pozostawia zbyt wiele niedopowiedzeń. Brak konsekwencji i brak logiki trochę rażą w oczy.

A jako satyra? Jako satyra film jest po prostu mało precyzyjny, a zadanym ciosom brakuje też siły. Ujmę to tak: nie pokazano pod tym względem właściwie nic, czego przeciętnie rozgarnięty człowiek by się nie domyślił. To łączy się też z kwestią postaci. Te są nijakie, albo wręcz przeciwnie – przerysowane i odejmujące całości potrzebnej moim zdaniem powagi.

O, a jeśli wydaje Wam się, że Gyllenhaal nie ma słabych ról, to zafundujcie sobie seans. Ciągła gra rekwizytem w postaci okularów (patrz: Viggo Mortensen i cygaro w Niebezpiecznej metodzie), przesadzone zmanierowanie, fikuśne ciuchy… Tak, tak z pewnością wygląda krytyk sztuki, ale w oczach czternastolatka. A już szczytem jest obsadzenie Malkovicha w roli takiego typowego, nieprzyjemnego Malkovicha, który do historii nie wnosi absolutnie nic.

Velvet Buzzsaw (2019)

 

Netflix, jaki znamy

Leży to też niestety pod względem realizacyjnym. Liczyłem, że ze względu na poruszany temat i zaprezentowane środowisko film będzie cieszył oczy jakimiś nowatorskimi rozwiązaniami i pięknymi kadrami. A wygląda po prostu… OK. Widać, że robili to zawodowi filmowcy, ale Velvet Buzzsaw powinno jakoś błyszczeć pod tym względem. Jedyne, co mogę wyróżnić, to pokazywanie postaci z perspektywy dzieł sztuki. Nie one są tu oceniane, lecz same oceniają – kupuję ten pomysł.

Niestety, jeśli po świetnej Romie wydawało Wam się, że nadchodzą lepsze czasy dla filmów produkcji internetowego giganta, to chyba na to za wcześnie. Nie dziwię się, że Gilroyowi nie udało się z tym scenariuszem trafić na ekrany kin, bo całość jest po prostu miałka, nudna i nijaka. A sam Netflix znowu ściąga gacie i bierze wszystko, co pozwoli załatać ofertę.

Szkoda oczu na ten seans. Wciąż czekamy na lepsze czasy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *