Mały, dobrowolny odwyk od filmów i seriali, a także wymuszony od piwa. Dziś wpis o książkach, z którymi ostatnio walczyłem. Króla specjalnie przedstawiać nie trzeba, natomiast Królestwo to jego głośna kontynuacja, którą w ostatnich tygodniach Wydawnictwo Literackie i Pan Twardoch ostro promują. Autorowi udało się nawet ze swoim dziełem zawitać do jednej z telewizji śniadaniowych głównego ścieku, by porozmawiać przy okazji o zakupach w towarzystwie m.in. Magdy Gessler. Napisałbym, że czas nadepnąć na hamulec i obrać inną trasę, ale hej – może warto z tym dotrzeć do większego grona?

Króla nadrobiłem sobie tuż przed sequelem i siedzi mi jeszcze w głowie, więc uznałem, że takie bezpośrednie porównanie może być dla Was w miarę interesujące. Zacznijmy od początku.

 

Król – Szczepan Twardoch

W swoim bestsellerze autor zabiera czytelnika do Warszawy lat trzydziestych XX wieku – miejsca odległego od tej współczesnej stolicy, rządzącego się swoimi prawami i targanego rozmaitymi konfliktami. Mocno zaznaczono tutaj podziały kulturowe, polityczne i narodowościowe wynikające z obecności dwóch skłóconych nacji – Polaków i Żydów. Historia skupia się przede wszystkim na tych drugich, co już stanowi ciekawy zabieg i mocną stronę powieści, bo poczułem, że wkraczam w świat mi nieznany i obcą kulturę, którą Twardoch nakreśla niezwykle starannie.

Król to powieść o ciekawych ludziach w ciekawych czasach, bo żydowska Warszawa w międzywojniu pozostawała w moich oczach niemal równie niewyeksploatowanym tematem, co choćby życie erotyczne koników morskich. Nie jest to coś, o czym słyszysz na co dzień, a Twardoch ma tę niepodważalną zaletę, że przed pisaniem odrabia zadanie domowe i potrafi przedstawić omawiane realia – starannie opisuje ówczesny wygląd miasta i jego mieszkańców, broń, samochody czy sytuację polityczną, używając przy tym przekonującego języka. Nie brakuje tu też naszego swojskiego brudku, seksu, alkoholu, narkotyków czy przemocy, a jak wiadomo im historia mniej grzeczna, tym bardziej fascynująca.

Jeszcze lepiej prezentują się postacie, z głównym bohaterem na czele. Jakub Szapiro to potężnie zbudowany, odnoszący sukcesy bokser, parający się również gangsterką. Daje to fantastyczne pole do manewru, które autor wykorzystuje w 100 procentach i serwuje bohatera z krwi i kości – wiemy skąd się wziął, dlaczego wybrał sobie takie życie, a tym samym z czego wynikają jego decyzje. Odciska piętno na każdej z przedstawionych postaci drugoplanowych, którym też poświęcono tu odpowiednią ilość stron – od rodziny Jakuba, przez jego współpracowników, dawną miłość, a na wrogach i ofiarach kończąc. W tych realiach właściwie nikt nie jest dobry, ale nie o dobro tu chodzi. Czytelnik te postacie po prostu rozumie, a to już wystarczający powód do tęsknoty po odłożeniu pozycji na półkę.

Powieść jest wielowarstwowa, choć nie traci przy tym na spójności – coś wynika tu zawsze z czegoś. W jednym momencie badamy tu fascynujący świat żydowskiej gangsterki i hulańce Szapiry, natomiast w innym wchodzimy głęboko w psychikę naszych bohaterów. Sposób prowadzenia narracji w formie spisanych wspomnień czyni z Króla nie tylko historię o konflikcie, żądzy władzy czy skomplikowanej miłości, ale także o konsekwencjach, żalu i stracie. Nie sposób nie wspomnieć tu o twiście fabularnym, który początkowo rozczarował mnie swoją miałkością, natomiast z perspektywy czasu oddaję tu autorowi słuszność, bo jest to solidna cegiełka w skomplikowanej budowli o nazwie Jakub Szapiro.

Overall, dużo mięska. Można się oburzać, można się spierać, bo książka też ma swoich przeciwników. Otwarty umysł może jednak w ten świat równie dobrze wsiąknąć i to autorowi oddać trzeba – potrafi przekonać i zaangażować czytenika. Spróbujcie.

 

Królestwo – Szczepan Twardoch

Tegoroczny sequel to powieść o tyle intrygująca, że na pierwszy rzut oka równie potrzebna, jak umarłemu kadzidło. Po lekturze poprzedniczki trudno odnieść wrażenie, że coś pozostaje niedopowiedziane, bo obserwujemy tam losy człowieka w kwiecie wieku i pełni władzy oraz jego wrak, złamany i bidujący na starość. Cóż takiego mogło się stać w międzyczasie? Jeśli nie mieliście szczęścia urodzić się na planecie Ziemia albo macie mniej niż 5 lat, podpowiem, że była to największa wojna w historii ludzkości.

Czy można tu więc mówić o jakimś niedopowiedzeniu? Skoro wiemy, że Szapiro przeżyje te kilka lat, ale zmieni się jako człowiek, to autor musiał wpaść na coś naprawdę genialnego, żeby pokusić się o spłodzenie drugiej książki – może jakieś zaskakujące wydarzenia w życiu bohaterów, może jakiś nietypowy komentarz odnośnie samej wojny, może jest tu miejsce na zabawę samą formą.

Jeśli miałbym wskazać uzasadniony powód dla powstania Królestwa, to byłaby to chyba przede wszystkim forma. Zmienił się sposób narracji i tym razem akcję śledzimy na zmianę oczami Ryfki, towarzyszki i opiekunki Jakuba w czasie wojny, oraz Dawida, jednego z synów bohatera. Niezmiennie jednak główną gwiazdą pozostaje tu Szapiro i wszystko kręci się wokół niego, jednak obrana forma daje tu kapitalne możliwości do rozwoju tej postaci poprzez danie czytelnikowi możliwości zrozumienia, jaką rolę pełni w życiu innych i jak ich ukształtował. I te możliwości Twardoch wykorzystuje, a że czytelnik często gości tu w głowach dwójki narratorów, Królestwo jawi się w moich oczach przede wszystkim jako powieść psychologiczna.

To samo w sobie jest ciekawym zabiegiem, ale niewystarczającym, by trzymać czytelnika za mordę przez kilkaset stron. O ile da się tu wyłapać trochę ciekawych i świeżych przemyśleń, choćby dotyczących miłości, to książka zwyczajnie nie broni się od strony fabularnej. Tutaj po prostu brakuje konkretów, porządnie nakreślonej historii, którą otrzymaliśmy w Królu. Strzępki wspomnień Ryfki i Dawida są mało angażujące, podobnie zresztą jak kwestia przetrwania w trudnych czasach. Brakuje tu też świeżej krwi w postaci ciekawych bohaterów, bo o ile upadek Szapiry i zyskująca kolejne warstwy mięska para narratorów stanowią najmocniejszy punkt powieści, to pozostali wypadają na tym tle blado. Pojawia się postać dobrego Niemca, młodego Ślązaka rozdartego między nacjami, ale w którymś momencie kładzie się spać i praktycznie nie wraca, jakby skończyły się pomysły na ten wątek.

Można było iść po najmniejszej linii oporu i skupić się na okrucieństwie wojny, co byłoby może mało zaskakujące, ale z pewnością starannie, pięknie na swój sposób przedstawione znając dotyczczasową twórczość Twardocha, ale nic z tego. Ku mojemu zaskoczeniu, Królestwo okazuje się książką dużo bardziej stonowaną i wysmakowaną, nie szukającą prostych rozwiązań, co jednocześnie jest jej bolączką. Skoki w czasie i setki rozmaitych przemyśleń tworzą z niej dzieło w pewien sposób rozedrgane i wymagające dużego skupienia. Dla mnie osobiście, tak po ludzku, niezbyt wygodne w czytaniu.

Pomimo rozkładania postaci na części pierwsze, powieść nie wnosi jednak nic, czego nie spodziewalibyśmy się po lekturze poprzedniczki. Nie chcę napisać, że jest niepotrzebna, bo to mocne słowo w odniesieniu do tak wymagającego dzieła, jak powieść. Napiszę, że może nie jest dla mnie, bo po prostu nie spełniła oczekiwań. Jeśli jesteście głodni postaci Jakuba Szapiry i chcecie przede wszystkim zobaczyć go w innym świetle, to myślę, że możecie tu znaleźć to, czego szukacie. Jeśli natomiast oczekujecie wciągającej historii w ciekawych realiach, to te czasy niestety się skończyły – w Królestwie drepczemy za bohaterami w kółko.

4 thoughts on “Wielki Król i jego małe Królestwo”

  1. Po tak szczegółowej recenzji, chętnie sięgnę po jedną i drugą pozycję. Niestety zwykle tak bywa, że druga część nie jest już tak dobra jak poprzednia, ale uważam że każdej trzeva dać szansę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *