W ostatnim czasie pojawił się zwiastun Watership Down, czyli serialu animowanego realizowanego dla stacji BBC One, który będzie również można obejrzeć na platformie Netflix. To już trzecia próba ekranizacji debiutanckiej powieści Richarda Adamsa, która na ten moment budzi mieszane uczucia – przyciąga śmietanką aktorską w obsadzie, a odrzuca przerażająco słabym CGI budzącym skojarzenia z grami na PlayStation 2.

Uznałem, że jest to jednak dobry moment, by przed premierą tasiemca przypomnieć o dwóch animacjach Martina Rosena. Z jednej strony stanowiły w swoim czasie świeże podejście do tematu filmu animowanego i wyróżniały się swoją dojrzałością, z drugiej natomiast sprawiają wrażenie niemal zapomnianych i nie udało się im zaistnieć jak choćby klasycznym animacjom Disneya. Brytyjczycy zrobili to po swojemu, co być może nie do końca wyszło filmom na zdrowie w box office, natomiast stały się częścią niszy, o której warto przypominać.

 

Martin Rosen

Człowiek, o którym chciałbym napisać więcej niż dwa akapity, ale po prostu nie jestem w stanie. Martin Rosen jest brytyjskim (choć urodzonym w USA) filmowcem, któremu filmowe wersje Wzgórza królików i The Plague Dogs w największej mierze zawdzięczamy. W obu ekranizacjach zajął się zarówno produkcją, scenariuszem, jak i reżyserią. Tym ostatnim pierwotnie miał się zająć John Hubley, który zmarł na krótko przed rozpoczęciem prac nad Watership Down.

Jeśli chodzi o te twórcze zajęcia, to dwie ekranizacje są jedynymi mi znanymi przykładami, a samego Rosena określić można mianem przede wszystkim producenta filmowego, i to też nieregularnego, gdyż filmografię ma skromną. W swoich dziełach dał się jednak poznać jako odważny wizjoner z odpowiednim ładunkiem wrażliwości, co tym bardziej zaskakuje w perspektywie późniejszej stagnacji. Szkoda.

 

Wzgórze królików (1978)

Watership Down to ekranizacja wydanej w 1972 roku powieści o tym samym tytule, w Polsce przetłumaczonej jako Wodnikowe wzgórze. Ta klasyczna animacja zabiera nas do świata zwierząt, a konkretniej stadka żyjących na wolności królików. Trafiamy tam w momencie, gdy ich sielanka zostaje przerwana, a bohaterowie zmuszeni do opuszczenia dotychczasowego miejsca zamieszkania i znalezienia nowego domu.

Niby proste, ale zadbano tutaj o odpowiednią otoczkę i mięsko.

O ile gadające zwierzęta w bajkach są w zasadzie normą (tu w jednej roli m.in. legendarny John Hurt), to przedstawione króliki tworzą zorganizowaną społeczność i mają przydzielone konkretne role – podlegają swojemu przywódcy, a silniejsi przedstawiciele zajmują się pilnowaniem porządku czy walką. Każde zwierzę ma swoje imię i własne cechy charakteru.

Co więcej, stado ma również swoje bóstwo, a genezę powstania gatunku poznajemy z pierwszej, pięknie animowanej sceny z działającej w tym świecie mitologii.

Z tego też względu film (podobnie jak i powieść) można interpretować na różne sposoby, a w sieci da się znaleźć teorie zarówno łączące całość z religią, jak i polityką. Giles Fraser w swoim artykule dla The Guardian powiązał tę historią z obecną sytuacją polityczną w Wielkiej Brytanii, więc jak macie ochotę, to jest tu pole do popisu. Co jednak najważniejsze, nie musimy tego robić, a i sam Adams wypowiadał się swego czasu, że nie należy się doszukiwać tu zbyt wiele. Wzgórze królików funkcjonuje doskonale jako zamknięta historia z czytelnym przekazem, choć jednocześnie nie jest to produkcja dla najmłodszych widzów.

Dzieło Rosena wyróżniało się w swoim czasie realistycznie zobrazowanymi scenami przemocy, które robią wrażenie do dziś. Fakt ten kontrastuje jednocześnie z pierwotnym wyobrażeniem filmu animowanego o królikach, bo cóż takiego mogłoby się tu znaleźć? Już w pierwszych minutach jesteśmy świadkami wizji zagłady domu zwierzątek z ręki człowiek i polany skąpanej we krwi. Wielokrotnie dochodzi tu też do starć między zwierzakami, a kolejne ofiary dają widzowi dobitnie do zrozumienia, że w tym świecie nie ma litości i gra toczy się o życie. Powodzenie stada wcale nie jest przesądzone.

Sceny przemocy, nie pojawiające się wcale tak często, robią wrażenie między innymi dzięki wspaniałej, klasycznej animacji oraz stosunkowo realistycznej kresce. W ciągu dnia widzimy zielone tereny o ogromnej powierzchni, krążące przy roślinach owady i źdźbła trawy leniwie poruszane przez wiatr, by w nocy zostać zalanymi mieszanką granatu i czerni, skrywającymi czyhające na króliczki zagrożenie.

Mamy tu więc do czynienia z kinem wysokiej klasy, które w momencie premiery spotkało się z umiarkowanie ciepłym przyjęciem. Film dobrze radził sobie choćby w UK, Australii, Holandii czy Niemczech, gorzej we Francji, Hiszpanii i Japonii. Nie do końca lekkostrawna produkcja. Rosena to jednak nie powstrzymało i kilka lat później ponownie sięgnął po prozę Adamsa…

 

The Plague Dogs (1982)

Pozostajemy w królestwie zwierząt, choć tym razem przyjdzie nam śledzić los piesków. Głównymi bohaterami historii są Snitter (John Hurt) i Rowf (Christopher Benjamin), a poznajemy ich w momencie, gdy przechodzą męki w laboratorium razem z dziesiątkami innych zwierząt. Gdy tylko pojawia się ku temu okazja, dwójka ucieka z białego piekiełka i stara się ułożyć sobie życie na wolności, co nie jest łatwe – są zmuszeni polować na owce, czym oczywiście nie zyskują sobie sympatii miejscowej ludności.

O ile film o królikach był w stanie wzbudzić w widzu niepokój czy wzruszyć, tak The Plague Dogs wywołuje już przede wszystkim chroniczne przygnębienie. Tym razem film skupia się głównie na parze bohaterów, co wzbudza silniejszą więź między nimi a widzem. Jest tu czas, żeby odpowiednio ich zbudować i uwydatnić różnice w osobowościach: Snitter to marzyciel poszukujący miłości człowieka, natomiast Rowf pozostaje nieufny i ostrożny. Wiedzą jednak, że na tym świecie mają tylko siebie, więc okazują sobie wsparcie na każdym kroku.

Tym razem autorzy nie pokazują nam już żadnych bóstw i duchowego zaplecza, a całość pozostaje przyziemna, bardziej namacalna. Mimo tego psy, co pozostaje przecież naturalne, nie nadążają za otaczającym ich światem. Nie rozumieją, dlaczego trafiły do laboratorium i co się z nimi tam działo, a niekiedy popełniają oczywiste błędy, z których wnioski wyciągają po fakcie. Nie są w stanie dać nauczki oprawcom ani w magiczny sposób ich zauroczyć swoim psim wdziękiem. Część odruchów mają wytrenowaną, co widać choćby przy próbie znalezienia sobie pana, natomiast funkcjonują jak prawdziwe zwierzęta, z tą jednak różnicą, że dano nam szansę usłyszeć ich mowę i zrozumieć czyny.

Pieski świat przedstawiony w filmie różni się też wizualnie od tego króliczego. O ile wcześniej dano nam nieco żywej zieleni, a nawet odrobinę humoru, tutaj jest w dużej mierze szaro, ponuro, niekiedy wręcz posępnie, jednak pozostaje to w zgodzie z przedstawionym klimatem i nie popada w groteskę. Wyraźniej zaznaczają też swoją obecność ludzie i ich technologia. Choć ponownie jesteśmy świadomi otaczającego bohaterów zagrożenia, historia pozbawiona tego mistycyzmu uświadamia nam, że Snitter i Rowf to psy, jak wszystkie inne. Zrozumienie ich potrzeb, jak i obaw, tworzy z nich jednak indywidualności i bohaterów, z którymi jesteśmy w stanie się utożsamiać.

Jeśli miałbym wskazać, który z filmów wolę, to wybrałbym właśnie ten. Może to właśnie kwestia lepiej zbudowanych postaci, a może bliższa mi rzeczywistość i świadomość, że ta historia mogłaby wydarzyć się gdziekolwiek. Choć Rosen wprowadza nutkę nadziei na pozytywne rozwiązanie sytuacji w finale, to ostatecznie ucina film, zostawiając zakończenie otwartym.

Jakby sam do końca nie wierzył, że w wykreowanym świecie może na tę dwójkę czekać lepszy los.

3 thoughts on “Zapomniane animacje Martina Rosena”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *