Wracam do Was chwilę przed weekendem z porcją ciepłych słów o dwóch produkcjach Netfliksa i kooperacyjnym, mocarnym piwie. Jeśli nie macie planów, to korzystajcie z proponowanego zestawu – czas szybko zleci i będzie można wrócić do ukochanej pracy i tyrania na tego zło…

No, zapraszam do lektury i dzielenia się opinią.

 

Serial

Daredevil (sezon 3)

Z wielkim zainteresowaniem i niecierpliwością wyczekiwałem nowego sezonu przygód Diabła z Hell’s Kitchen i miło mi już na wstępie oznajmić, że ten capeshit nadal trzyma poziom, którego pozostałe produkcje marvelowo-netfliksowe mogą pozazdrościć. Nieśmiała gęsia skórka każe mi wręcz napisać, że jest jeszcze lepiej, niż dotychczas.

Sezon zaczyna się tam, gdzie zakończyli się Defenders, a Matt postanawia zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, kryjąc się przed światem w katolickim sierocińcu, gdzie dorastał. Powoli i w bólach odzyskuje siły, szczątki wiary w samego siebie, jednocześnie mierząc się m.in. ze szwankującym słuchem czy własną psychiką. Motywację odnajduje w fakcie powrotu Wilsona Fiska (ponownie rewelacyjnie zagranego przez Vincenta D’Onofrio), który zyskuje w oczach FBI, gdy zostaje zmuszony wypaplać się z kilku istotnych faktów.

Za bardzo pachniałoby to odgrzewanym kotleciskiem, więc musiał oczywiście pojawić się nowy czarny charakter – Benjamin Poindexter aka Bullseye. Postać, podobnie jak Kingpin, znana z pamiętnego przeboju z Affleckiem – jeśli pamiętacie Colina Farrella szalejącego w tej roli, z pewnością podwójnie docenicie, jak zbudowano ją w serialu. Poindexter to rozchwiany psychiczne samotnik z ogromnym bagażem przykrych doświadczeń z dzieciństwa, który znajduje ukojenie w pracy jako uzdolniony agent FBI. Wciela się w niego wciąż jeszcze mało znany Wilson Bethel, który mnie przekonał – ma w oczach to coś, wzbudza też w widzu różne uczucia. Z nowych postaci warto jeszcze wyróżnić tonącego w długach agenta Raya Nadeema, który z kolejnymi odcinkami zyskiwał coraz więcej mojej sympatii.

Nie chcę pisać zbyt dużo, ale mogę potwierdzić, że wraca tutaj to, za co fani serial pokochali – jest dobrze zagrany, brutalny i może się pochwalić kilkoma na tyle sprawnie i pomysłowo nakręconymi scenami (pojedynek w biurze, ucieczka z więzienia), że zapominamy, iż mamy przed oczami serial z ograniczonym budżetem, a nie tłuste widowisko. Daredevil nadal mimo wszystko pozostaje przyziemny, zamknięty w Hell’s Kitchen, gdzie w ciągu tych kilku lat zdążyliśmy się zadomowić i chętnie wracamy.

Choć furtka jest jeszcze częściowo otwarta, to niestety przyszedł czas pożegnać Diabła. Pozostaje się cieszyć, że zakończono to godnie i z szacunkiem do fanów.

 

Film

Cam

Produkcja Netflix, no któż by się spodziewał! Film, który pojawił się trochę znikąd i zapowiadał się raczej na kolejnego zapychacza w ofercie, a okazał się całkiem intrygującą propozycją. Cam zabiera widza do świata camgirls – lachonów zarabiających na prezentowaniu swoich wdzięków waligrucham za pośrednictwem specjalnych portali. Jest to zarówno kino pokazujące nam od kuchni niecodzienny zawód (być może nieco podkoloryzowany na potrzeby scenariusza, ale co tam), jak i trzymający w napięciu thriller napędzany grubą zagadką do rozgryzienia.

Twór jest stosunkowo niszowy i nie znajdziemy tu dużych nazwisk. Jest to jednocześnie reżyserski debiut Daniela Goldhabera, jak i scenarzystki – Isy Mazzei. Oboje trzymają historię w kupie, zgrabnie prowadzą akcję, a całości nie sposób odmówić też odpowiedniego tempa. Znalazło się tu też miejsce na odpowiednie zarysowanie głównej bohaterki, między innymi dzięki wprowadzeniu wątku z rodziną, który biorąc pod uwagę poruszany temat ma kluczowe znaczenie. Być może warto tę dwójkę mieć na oku. Aktorzy spisali się przyzwoicie, a wyróżniłbym tu naszą gwiazdeczkę, Madeline Brewer, która okazuje się całkiem elastyczna i odważna. Więcej tu nie trzeba.

Nie chce mi się rozdrabniać nad technikaliami, bo wszystko jest spoko, a i niekiedy film oprócz gołych tyłków potrafi zaoferować oczom przyjemny kadr i pięknie dobrane kolory. Cam nie jest dziełem, które zmieni Wasze życie, natomiast sam pomysł okazuje się na tyle ciekawy i sprawnie zrealizowany, że zwyczajnie zrobi Wam wieczór. Autorzy pozwalają sobie też na swego rodzaju komentarz dotyczący zjawiska camgirls i dają widzowi szansę wyciągnąć pewne wnioski, natomiast powstrzymują od moralizatorstwa i łopatologii. Smaczne, dobrze wyważone kino.

 

Piwo

Pramenel – kooperacja browarów Beer Bros i Harpagan

Klasycznie kończymy wpis piwem i klasycznie jest to styl wybitnie jesienno-zimowy. Moda na Barley Wine co prawda się nie kończy, mieliśmy jednak kilka fajnych odsłon Rye Wine i Wheat Wine, a teraz być może zaczyna się parcie na Multigrain Wine – wino wielosłodowe. Piłem już interpretację Pinty i ujmę to tak: zachęciło. Słodkie, bogate, gęste, rozgrzewające… Jeśli duet Beer Bros & Harpagan spisał się równie dobrze, to leżakowanie w beczce po burbonie powinno to już wznieść na poziom sztosa.

Nalewa się jak syrop, a więc cichutko, bez chlupotu, bez piany. Ciężar czuć. Wspomnę jeszcze o ładnej i oryginalnej etykiecie z żulem i gołębiami, która bardzo mi się spodobała.

Sztosem rzeczywiście zapachniało. Wyraźny wpływ beczki, która wprowadziła do bukietu sporo wanilii i takie mleczko kokosowe. Czuć też akcenty zbożowe, chlebowe, troszkę miodu gryczanego, a nawet akcent owocowy, jakieś śliwki czy rodzynki. Czuję się zachęcony.

Pramenel jest piwem nagazowanym naprawdę symbolicznie, bardzo tęgim i gładkim. Wręcz aksamitnym w odczuciu. W smaku, który jest oczywiście dosyć słodki, chodzą dalej za mną te owoce. Napisałbym powidła, ale jest to coś świeższego na zasadzie dżemu. Dżem śliwkowy na jasnym pieczywie. Są też minimalne skojarzenia ze słodkim czerwonym winem czy kandyzowanymi owocami… No, ciekawie. A na dokładkę solidna porcja kokosa.

Po przełknięciu nieco wytrawniej, bo choć nie ma tu jako takiej goryczki, to pojawia się lekka pestkowość, która stanowi rodzaj kontry. Zapanowała harmonia, balans odpowiedni, nawet trochę drewna wychodzi na finiszu. To jest bardzo fajne piwo na obecną pogodę. Za oknem ziąb i deszcz, w jednej dłoni szkiełko z tym rozgrzewaczem, w drugiej książeczka, względnie pilocik. Jesień lubię między innymi za takie chwile.

One thought on “Trzy szybkie #003”

  1. Jeżeli chodzi o Daredevila, to dopiero zaczynam przygodę z Netflixowymi produkcjami z uniwersum Marvela i pierwszy sezon Daredevil za mną. Nie powalił mnie może na łopatki, ale zdecydowanie zaintrygował i na pewno będę oglądać dalej. Cam także szału nie robiło, ale przyjemnie się oglądało i mimo wszystko cieszę się, że dałam tej produkcji szansę. Wracać do niej nie będę, ale one time story przyjemne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *