Kolejne Trzy szybkie i zestaw podobny do ostatniego: książeczka, lekkostrawne filmidło Netfliksa i piwo dostosowane do obecnych warunków pogodowych. Tym razem wszystko wypada pozytywnie, więc tym bardziej zachęcam do tej krótkiej lektury.

 

Książka

Po Syberii

Zaczynam od książki, bo tak wypadło. Nie jest to co prawda nowość, ale jednak pozycja, na którą się dosyć napaliłem i chciałem coś tu o niej skrobnąć. Po Syberii to reportaż z podróży po tytułowej krainie pierwotnie wydany w roku 1999, a który w Polsce przytuliło sobie 12 lat później Wydawnictwo Czarne. Autorem jest Colin Thubron – jeden z najbardziej znanych brytyjskich pisarzy zajmujących się tematyką podróży.

Sięgając po ten tytuł z jakiegoś spodziewałem się przede wszystkim opisów przyrody, ciekawostek i może jakiegoś tła historycznego z naciskiem na gułagi funkcjonujące swego czasu na Syberii. Z tym przede wszystkim kojarzyłem sobie Sibir i to wszystko się tu przewija (i w tych luźniejszych fragmentach najlepiej widać pisarski kunszt Thubrona, jak i ogromną wiedzę), natomiast głównymi bohaterami są tu jego mieszkańcy – często nadużywający wódy, często żyjący w skromnych warunkach i mierzący się z brakiem perspektyw oraz codzienną rutyną.

Są to jednocześnie ludzie o ciekawych historiach, którzy pojawili się na Syberii z różnych powodów i chętnie swoimi wspomnieniami z Thubronem się dzielą. Nie sposób nie odnieść się tu do przeszłości kraju, gwiazdorów takich jak Stalin czy Lenin, a mieszkańcy swoje poglądy mają – może niekiedy nawet zaskakujący dla czytelnika – i wcale nie próbują ich ukrywać.

Cytowany na okładce Mariusz Wilk pisze, że czytelnik po tej lekturze sam z pewnością zechce na Syberię się wybrać. Mam zupełnie inne odczucia i mimo mojego wewnętrznego pociągu do tamtejszej przyrody, wolałbym uniknąć przygnębienia wywołanego spowodowanego spotkaniem z tamtejszą ludnością. Końcowe strony, poświęcone m.in. kołymskiemu gułagowi, okazują się najbardziej bolesne i podkreślają piętno odciśnięte na mieszkańcach przez przeszłość.

Niemniej jednak była to podróż fascynująca i z pewnością szalenie wymagająca dla autora. Jego dzieło jest jednak kompletne i myślę, że udzieli Wam wielu odpowiedzi na pytania związane z Syberią.

 

Film

Sierra Burgess jest przegrywem

Znowu zaglądam na Netfliksa. Wyjście do kina wymaga wyjścia z domu, a nie zawsze jestem zwycięzcą w tej walce.

Prosta komedia o hajskulowcach z rozterkami. Film, który sprawia wrażenie zapychacza w ofercie, a jednocześnie w ostatnich tygodniach najczęściej natykałem się właśnie na zwiastuny Sierry. Skoro chcą, to próbuję.

Sierra Burgess to oczytana nastolatka z poczuciem humoru i nadwagą. Ma wiernego przyjaciela i to w zasadzie tyle – reszta uczniów raczej się do niej nie zbliża, a przez część koleżanek jest wręcz dręczona, jednak film wyhamowuje w porę. To nie jest kolejna historia o gnębieniu rówieśników i zobojętniałych belfrach. Tak czy inaczej, któregoś dnia Veronica, najpopularniejsza foczka w liceum, przekazuje numer telefonu naszej bohaterki absztyfikantowi, którego chce spławić. Jamey kontaktuje się ze Sierrą mając w głowie Veronikę, miedzy bohaterami rodzi się uczucie, a Sierra robi wszystko, by Jamey nie poznał prawdy.

Prawda, że ambitnie? Choć brzmi to jak podłoże do mało ambitnego festiwalu wtop i gagów, te praktycznie się nie pojawiają, więc traktujcie to dzieło raczej jako luźne dramacisko, niż komedię. I nie jest to wcale zarzut z mojej strony, bo bardzo miło spędziłem wieczór.

Fabuła jest prosta, raczej nie stara się zaskakiwać, a jej rozwój z grubsza jesteśmy w stanie przewidzieć. Jest tu jednak kilka elementów, które wyciągają film ponad miałkość. Bohaterów daje się polubić i choć na przykład mentalna przemiana Veroniki wypada mało przekonująco, to sama Sierra wypada uroczo, naturalnie i nie sposób jej nie polubić. To oczywiście też zasługa Shannon Purser, która okazuje się ponadprzeciętnie zdolną aktoreczką. Większość gromadki jest sprytnie zarysowana i mają jakieś swoje rozterki, poruszane są też kwestie spełniania oczekiwań rodziców czy społeczeństwa. Taki typowy w okresie dorastania mętlik, który po części zazębia się z wątkiem głównym. Wystarczająco, by zatrzymać przy monitorze i dodać bohaterom trochę mięska.

Koniec końców uruchomiło to we mnie kilka zakopanych już wspomnień, a ostatecznie zostawiło z przyjemnym uczuciem spełnienia. W kontekście takiej bohaterki jak Sierra nie trzeba do tego wcale nieszablonowych rozwiązań czy zaskoczeń – ta historia miała się skończyć tak, jak się skończyła. Całościowo wyszedł taki fajny, ciepły niedzielniak, którym można się pozytywnie zaskoczyć.

 

Piwo

9#1 Quadrupel z browaru Alternatywa

Podobnie jak ostatnio, wpis zakończymy sobie piwem. Podobnie jak ostatnio wybrałem sobie też browar, z którym do tej pory się mijałem. No i jest to Alternatywa. Trochę tam się dzieje, bo przeglądam od czasu do czasu ofertę browaru, ale niestety na te gorące pozycje nie udało mi się wcześniej trafić. Znalazł się w końcu belgijski mocarz.

Mam tu Quadrupla o zachęcających gabarytach, czego znowu nie ma na rynku tak dużo, bo jak wiadomo polski geek nie wie, co dobre. Mało tego, piwo dojrzewało w dębowych beczkach – część po białym winie Sauvignon Blanc, a część po jamajskim rumie. I to, kurde, czuć.

Aromatu nie trzeba się doszukiwać i jego składowych również. Są kandyzowane owoce, są takie rodzynki moczone w rumie, znajdzie się trochę wilgotnej dębiny i belgijskich fenoli. W tle fajnie wychodzi podstawa słodowa w postaci takiego ciemnego ciasta czy ciasteczek zbożowych, co ładnie zazębia się z resztą mechanizmu, a uzupełnia to świeża, przyjemna nuta białego wina.

W smaku całość jest podobnie złożona – rum, suszone i kandyzowane owoce, odzywająca się retronosowo dębina, trochę tego wina. Do tego wspomniane wyżej fenole, przyprawy, słodka podstawa słodowa… Nie jest przesadnie ciężkie w odczuciu, co jak najbardziej zgadza się ze stylem, ale pozostaje wyraziste i charakterne w smaku. Deserowe, degustacyjne piwo na dłuższe posiedzenie. Na obecną pogodę – jak znalazł.

Toruń pozdrawia!

One thought on “Trzy szybkie #002”

  1. O „Po Syberii”, nie słyszałam, ale to raczej dlatego, że trochę nie moja tematyka, bo z takiej kategorii, to chyba kojarzę tylko film „Jeniec, jak daleko nogi poniosą”, czy jakoś tak. „Sierra…” za to bardzo mi się podobała i z przyjemnością obejrzałabym ten film jeszcze raz! 🙂

    Bardzo fajny wpis 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *