Życie nie raz pokazywało, że droga aktora nie jest usłana różami i sława na pewnym etapie kariery nie oznacza wcale, że można spocząć na laurach i do emerytury przebierać w rolach do głośnych tytułów. Pierwsze nazwiska, które mogą przychodzić teraz na myśl, to takie tuzy jak Steven Seagal, Dolph Lundgren czy Jean-Claude Van Damme – gwiazdorzy kina akcji lat 80. i 90., na których obecnie natykamy się gdzieś przypadkiem i tylko po to, by stwierdzić o, ale zdziadział. Ich kino się skończyło, a ich czas minął razem z nim.

Z głównym bohaterem tego wpisu było jednak inaczej, choć na pewnym szczeblu kariery również upatrywano w nim nową twarz kina akcji. Zaszufladkować jednak się nie dał i zarówno wcześniej, jak i później, pokazywał talent w rolach dramatycznych czy też bawił niezliczonymi, inteligentnie przerysowanymi szarżami aktorskimi. Współpracował z najlepszymi reżyserami. Laureat Oscara i niedoszły Superman. Gdzie jest dziś?

Co się stało z Nicolasem Cage’em?

 

Od bohatera do zera

Zacznijmy od początku. Nicholas Kim Coppola, bo tak naprawdę nazywa się aktor, podjął odważną decyzję o zmianie nazwiska, by odciąć się od swojego wuja i zarazem giganta kina, Francisa Forda Coppoli, i samemu stać się kowalem swojego losu. Mimo szczerych chęci, do 1983 roku nie udało mu się naprawdę przebić i parał się głównie sprzedażą popcornu. Wuja, pomóż. No i pomógł oferując nie tak dużą, ale jak się okazało przełomową rolę w swoim Rumble Fish.

Rok 1984 to znakomity, nagrodzony w Cannes Ptasiek Alana Parkera, a kolejne lata przyniosły role m.in. we Wpływie księżyca, Arizona Junior, zakręconym Pocałunku wampira czy nakręconym w Europie Czasie zabijania.

Nadeszły tłuste lata 90., a wraz z nimi praca z Davidem Lynchem przy kultowej Dzikości serca. Cage okazał się wystarczająco plastyczny, by wejść w podkręcony do absurdu klimat i odegrać cwaniaczkowatego, pewnego siebie Sailora. Kilka lat później natomiast życiówka u Mike’a Figgisa w Zostawić Las Vegas, którą Cage wycisnął jak cytrynę i odstawił konkurencję w walce o Oscara i Złoty Glob.

Oto więc czas, by odsłonić kolejne ze swoich wielu obliczy. Trzy razy pod rząd, żeby nam się dobrze utrwaliło. Twierdza, Con Air i Bez twarzy to produkty swoich czasów – stosunkowe proste, wybuchowe akcyjniaki bez hamulców, które zahaczają o kino sensacyjne czy thriller. Dziś ogląda się to z przymrużeniem oka, niemniej jednak do wszystkich trzech tytułów mam wielki sentyment i uważam za doskonałe popcorniaki. Mniej więcej w tym czasie pojawił się projekt Superman Lives, który ostatecznie nie wypalił, a warto dodać, że za kamerą stanąć miał nie kto inny, jak będący jeszcze w formie Tim Burton. To jeden z tych momentów, kiedy naprawdę czuję granice swojej wyobraźni – nie mam pojęcia, co mogłoby wyjść z tego romansu.

Na przełomie wieków dostaliśmy kultowe 60 sekund, które Cage’owi posiadającemu już status ubergwiazdy przyniosło gażę w wysokości 20 milionów dolarów. Kolejne lata to zarówno głośne i intrygujące tytuły jak Adaptacja (kolejna nominacja do Oscara), znakomici Naciągacze, głośny Skarb narodów czy Pan życia i śmierci, ale również pierwsze potworki w karierze: fatalny Kult i równie udany Ghost Rider.

Czerwone lampki w głowach fanów zapaliły się w przełomowym dla Cage’a roku 2011, kiedy to wystąpił w pięciu filmach – wszystkich jakościowo stojących gdzieś między nędzą a nijakością. Częściowo odkuć udało się sensowną rolą główną w nieco zapomnianym już dramacisku Joe, aczkolwiek później nasz gwiazdor dzielnie podążał już niepojętą dla przeciętnego odbiorcy ścieżką desperata chwytającego się ról w niskobudżetowych, miałkich, niekiedy wręcz gównianych produkcjach. Nie sposób odmówić mu zapału i pracowitości, skoro grywa w pięciu filmach rocznie (zmęczenie i niechęć na jego twarzy widać zresztą doskonale), natomiast jeśli chcecie zobaczyć obraz ostatecznego upodlenia świetnego aktora, polecam seans Left Behind.

 

Jak stracić 150 milionów dolarów

Powody przyjmowania każdej możliwej roli są proste – brak pieniędzy i chęć szybkiego zarobku, nawet kosztem latami budowanej reputacji. Swego czasu Forbes zaliczał Nica do grona najlepiej zarabiających aktorów Hollywood, a jego majątek oszacowano na 150 baniek. Trzeba nie lada umiejętności, by to przepić, a tak się nieszczęśliwie złożyło, że fortuna trafiła w ręce ekscentryka z niecodziennymi potrzebami.

Do najdziwniejszych nabytków aktora zaliczyć można: czaszki dinozaurów, kobry rzadkiego gatunku, nawiedzony dom w Nowym Orleanie, skurczone głowy pigmejów, krokodyla, rekina, ośmiornicę czy pierwszy egzemplarz komiksu o Supermanie. Strach pomyśleć, o czym nie wiemy. Z takich podstawowych luksusów warto wymienić jeszcze prywatną wyspę, rzadkie dzieła sztuki, liczne posiadłości, dwa zamki czy cały szereg drogich pojazdów. Łał.

Jak łatwo się domyślić, Cage za bardzo rozpędził się z zakupami i stał się bankrutem, a części swoich luksusów musiał się pozbyć. Swoje długi spłaca prawdopodobnie do dziś, niemniej jednak z pewnością nie głoduje – w zeszłym roku jego majątek szacowano już na 25 milionów dolarów.

 

Mandy nadzieją na przyszłość?

Do popełnienia tego wpisu zainspirował mnie po części tegoroczny film z udziałem aktora – Mandy. Jest to jednocześnie powrót do reżyserki Panosa Cosmatosa, który uraczył nas odjechanym sci-fi Za czarną tęczą, a następnie zniknął na jakieś… 8 lat?! Chciałbym zrozumieć, co się stało, ale jedno jest pewne – Cosmatos nie zapomniał, jak się robi klimat.

Mandy to historia wiodącej spokojne życie pary, która spotyka na swej drodze sekciarzy i współpracujący z nimi gang motocyklowy. Nie zdradzając zbyt wiele napiszę tylko, że całość ostatecznie przeradza się w kino zemsty, a w mściciela wciela się tu nie kto inny, jak Klatka.

Nic świeżego? Główną oś fabularną można rzeczywiście bez problemu streścić jednym zdaniem, co z jednej strony mówi wszystko, a z drugiej jest karygodnym niedopowiedzeniem. Całość można określić jednym wielki narkotykowym tripem, co nie jest przypadkowe, gdyż LSD staje się istotnym elementem historii. Akcja co jakiś czas zwalnia w niewygodny dla widza sposób, postacie mówią zmodulowanymi głosami, pojawia się też odważna zabawa kolorami.

Akcja filmu toczy się w latach 80. ubiegłego wieku, a realizacyjnie twórcy nawiązują do tego okresu na każdym kroku. Nie mam tu na myśli tak popularnych w ostatnim czasie neonów, a ziarno, przygaszone barwy, praktyczne efekty specjalne czy ZNA-KO-MI-TĄ muzykę Jóhanna Jóhannssona – jeden z ostatnich projektów kompozytora przed niespodziewaną śmiercią.  Wspomniany wyżej gang nawiązuje wyglądem do Cenobitów z kultowego Hellraisera. Warto jeszcze wspomnieć o fragmentach animowanych czy scenografii, które stylistycznie przywodzą na myśl He-Mana i Władców Wrzechświata. Jak by to wszystko nie brzmiało, udało się ulepić z tego spójny, odważny w swojej formie twór.

Czy warto było przeboleć te wszystkie lata, żeby zobaczyć Nicolasa Cage’a w tym wykręconym, choć wciąż stosunkowo niszowym projekcie? Absolutnie. Nie wiem, czy udział w tym filmie jest wypadkiem przy pracy, czy też celowym krokiem w stronę rozgrzeszenia, ale cokolwiek tutaj nie robi, to wychodzi mu wzorowo – od etapu sielanki prostego drwala u boku ukochanej kobiety, przez rozpacz, aż po uzbrojonego w kuszę i własnoręcznie wykuty topór szaleńca, wszystko jakby napisane pod tego kochającego szarżować aktora. Mandy to jego film.

Nadzieję rozbudzają również tytuły zaplanowane na przyszły rok, kiedy to premierę będzie miała wyczekiwana trzecia część głośnego Skarbu narodów, a także – może przede wszystkim – thriller Exit 147 w reżyserii Mike’a Figgisa, który swego czasu poprowadził Nica w jego roli życia.

5 thoughts on “Ciekawy przypadek Mikołaja Klatki”

  1. Rumble Fish to jeden z tych mało znanych, a niesamowicie klimatycznych filmów, które kojarzą mi się z dusznym klimatem młodości „na dzielni” 😉 Natomiast jeżeli chodzi o pierwszoplanowe role, to dla mnie przede wszystkim kultowe Wild at Heart! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *